
Biedronka w Bydgoszczy – brud, alkohol i brak reakcji sklepu
Biedronka w Bydgoszczy: spleśniałe warzywa, libacje za sklepem, brak reakcji ochrony i kierownika. Czy ktoś w końcu posprząta ten bałagan?
Udostępnij prosimy
Osiem dni – tyle leżały na półce pomarszczone i spleśniałe marchewki w jednej z Biedronek, dumnie reklamowane jako „świeże warzywa”. Zgłoszenie trafiło do Jeronimo Martins, ale przez długi czas odpowiedzi brak. Mail przeszedł niezauważony albo – co bardziej prawdopodobne – został zignorowany. Aż nagle, tuż po weekendzie, marchewki zniknęły. Czysta ekspozycja, nowy towar. Reakcja była, ale bez słowa wyjaśnienia. Ciche działanie zamiast dialogu z klientem.
To nie była sytuacja jednorazowa. Wiele osób ignoruje takie detale, uznając je za codzienność. Ale jeśli przez ponad tydzień nikt nie zauważa, że towar gnije na oczach klientów, to problem leży głębiej – w organizacji, kontroli i braku standardów. A to powinno zaniepokoić nie tylko klientów, ale również inspektorów i samego właściciela marki.
Spis treści
Jest reakcja Jeronimo, ale dopiero po zgłoszeniu
Po kilku dniach dostałem informację, że sprawa została oficjalnie przekazana dalej – do odpowiednich służb, a wcześniej zgłoszona również do UOKiK. Ten odesłał mnie do GIJHARS, czyli instytucji odpowiedzialnej za kontrolę jakości żywności. Standardowa procedura – urząd odsyła do urzędu, a klient zostaje sam z problemem. Ale najważniejsze: coś się ruszyło. Presja działa.
I choć nie doczekałem się odpowiedzi od samego sklepu, to jednak sama reakcja – usunięcie zepsutych warzyw – udowadnia, że takie zgłoszenia mają sens. Gdyby nikt nie zareagował, marchewka leżałaby tam do dziś. A ile jeszcze takich przypadków pozostaje niezauważonych, bo nikt nie podniósł głosu?
Z tyłu sklepu Biedronki dzieje się o wiele gorzej
Niestety marchewki to tylko wierzchołek problemu. Z tyłu tej samej Biedronki panuje obrazek codzienności, który nie powinien mieć miejsca przy żadnym sklepie spożywczym. W zaułku – tuż przy rampie, obok koszy, czasem wprost na widoku klientów – regularnie przesiadują mężczyźni pijący alkohol. Głównie popularne „małpki”, ale nie tylko. Piją, zostawiają butelki, śmiecą, a to, co dzieje się dalej, woła o pomstę do nieba.
To nie jest jednostkowy incydent – to codzienność. Wystarczy stanąć tam na 15 minut, żeby zobaczyć grupkę panów otwierających kolejne butelki, palących papierosy i głośno komentujących przechodzące osoby. To nie tylko problem estetyczny, ale przede wszystkim zagrożenie dla bezpieczeństwa i komfortu klientów. Przechodzą tam dzieci, matki, osoby starsze. Teren sklepu nie może wyglądać jak zaniedbane podwórko.

Zdjęcie przedstawia tylko wycinek tego co potrafi tam się znajdować, raz naliczyłem ponad 30 „małpek” stojących zaraz przy schodach gdzie na „fajeczkę” wychodzi personel sklepu!
Gdzie jest ochrona Biedronki? Gdzie kierownik Biedronki?
W takich sytuacjach można by się spodziewać reakcji – przecież sklep zatrudnia ochroniarza, jest kierownik zmiany, są pracownicy. Tymczasem ich postawa to… milczenie i odwracanie wzroku. Nikt nie reaguje. Nikt nie interweniuje. Nikt nie sprząta butelek, nie wzywa straży miejskiej, nie informuje służb porządkowych. Brakuje nawet podstawowego nadzoru nad tym, co dzieje się dosłownie na terenie sklepu.
I nie chodzi o to, żeby ktoś codziennie śledził każdy ruch, ale o minimalny nadzór i odpowiedzialność. Skoro w regulaminach sklepów znajdują się informacje o zakazie spożywania alkoholu na terenie posesji, to kto ma tego pilnować, jeśli nie ochrona lub kierownictwo sklepu? Czy naprawdę musi dojść do tragedii, by ktoś się tym zainteresował?
Czy naprawdę potrzeba, żeby wydarzył się wypadek, żeby ktoś został zaczepiony lub zaatakowany, żeby sklep się obudził?
W Biedronce problem zamiatany pod dywan
Podobnie jak w przypadku zgniłych warzyw – wszystko dzieje się po cichu. Dopiero zgłoszenie z zewnątrz, presja społeczna czy potencjalna interwencja urzędów sprawia, że ktoś nagle reaguje. Ale nie dlatego, że mu zależy. Reaguje, bo musi.
Ten model działania przypomina gaszenie pożaru, zamiast prewencji. Zamiast dbać o porządek i reagować zawczasu, firma czeka, aż ktoś głośno zaprotestuje. To krótkowzroczne i szkodliwe – nie tylko dla wizerunku, ale przede wszystkim dla klientów. Dbanie o porządek to nie luksus, to obowiązek.
Podsumowanie: marchewki, małpki i brak kultury
Jeronimo może i posprzątało marchewki. Może sprawa została przekazana, może ktoś się tym zajmie. Ale prawdziwy problem jest głębszy. Bo nie chodzi tylko o jedną partię zgniłych warzyw. Chodzi o podejście do klienta, jakość obsługi, bezpieczeństwo i podstawową higienę – również na zewnątrz sklepu.
Jeśli tak ma wyglądać codzienność w jednej z największych sieci handlowych w kraju, to coś tu mocno poszło nie tak. I nie, nie zamierzam się z tym godzić. Nie po to płacimy za zakupy, żeby przeciskać się między butelkami, wdychać smród uryny i mijać pijanych typów pod Biedronką. Oczekuję standardów. I nie przestanę o nich przypominać, dopóki ktoś nie potraktuje tego poważnie.
Bo dziś nie chodzi już tylko o marchewkę ani nawet o „małpki” na rampie. Chodzi o to, że standard obsługi problemów w Biedronkach – jeśli w ogóle można to tak nazwać – urąga jakimkolwiek standardom cywilizowanego handlu. Piszesz maila – cisza. Dzwonisz – nikt nie oddzwania. Zero wyjaśnień, zero przeprosin, zero kontaktu z klientem. I tu naprawdę zaczynam się zastanawiać: po co ci ludzie tam w ogóle siedzą? Po co te działy kontaktu, jeśli nie robią nic oprócz ignorowania ludzi?
To nie jest tylko moja frustracja – to systemowy problem. A skoro oni nie chcą mówić, ja będę. Publicznie.

















